n

Leśny Pamiętnik

Leśny Pamiętnik

10 lipca 1997

Cała ta historia rozpoczyna się pięknego lipcowego poranka. Było jeszcze cicho i spokojnie. Dopiero budziłem się z nocnego snu. Strumyk szemrał jak zawsze, pluskały się w nim ryby. Owady myły się jeszcze w porannej rosie. Zwierzęta powoli, choć leniwie wstawały ze swych legowisk. Żaby cicho rechotały nad stawem. Ja powoli rozwijałem swoje konary i liście. Wiatr cicho szeleścił między nimi.

Jednak nie wszystko było tak cudownie jakby się mogło wydawać. Coś było ze mną nie tak i bardzo mi dokuczało. Odkryłem, że były to korniki i inne insekty, które gnębiły wszystkie krzewy, drzewa i rośliny. Mimo że u mnie mieszkało wiele dzięciołów, to jednak nie mogły sprostać zadaniu wytępienia szkodników.

Jednak koło południa powróciła nadzieja na odzyskanie dawnej świetności, uroku i mocy, chociaż prawie ją straciłem. Zacząłem już zrzucać liście. Zapytacie pewnie, co miało być tą szansą? Miał być nią młody człowiek. Znałem go od dzieciństwa, bo często tu przychodził. Wiedziałem o nim więcej, niż jego rodzice. Znałem wszystkie jego smutki i radości.

Zawsze lubił mnie oglądać, lecz teraz wiedział, że już nie jestem taki piękny jak dawniej. I tym razem postanowił o mnie zadbać. Dokładnie nie wiem, o co mu chodziło, lecz usłyszałem coś o jakichś opryskach. Nigdy o czymś takim nie miałem pojęcia, ale może udzieli mi pomocy. Miałem taką nadzieję, gdyż moi wrogowie byli bardzo uciążliwi. Czekałem więc upojony myśląc o lepszym jutrze, bo cóż innego mi pozostało? Po dawnej świetności zostały tylko resztki. Coś mi mówiło, że będzie lepiej…

Czekałem na ratunek. Nie wiedziałem, skąd i kiedy przyjdzie. Aż tu nagle rozległ się wielki niby hałas, niby ryk. To było tak potężne i głośne, że aż wszystkie moje liście zadrżały. Stare drzewa zajęczały, a wszystkie zwierzęta uciekły do swoich kryjówek. Co tak hałasuje, zapytacie ? Nie mogę wam odpowiedzieć na to pytanie.

Lecz po chwili poczułem jak gdyby deszcz zraszał moje liście. Ale to nie był deszcz i w ogóle było bardzo słonecznie. Co to może być ? Nie byłem tym zachwycony, ponieważ to coś bardzo szczypało i unosiła się od tego okropna woń.

Zastanawiałem się, czy to, co tak bardzo mi dokuczało, prawie jak szkodniki, miało być obiecaną pomocą? Całkowicie inaczej to sobie wyobrażałem. Ale musiałem to znieść, jeśli chciałem marzyć o pozbyciu się natrętnych szkodników.

Wszystkie zwierzęta były bardzo zdumione tym, co tu się przed chwilą stało. Nieśmiałe wychodziły ze swoich schronień obejrzeć mnie. Korniki uwierały mnie nadal, choć jakby mniej. Strumyk płynął sobie powoli, a ryby nasłuchiwały, co im powie wiatr.

I tak powoli, ale ociężale zbliżał się koniec dnia. Słońce coraz bardziej czerwieniło się i odbijało swą tarczę w tafli stawu, nad którym jak zawsze żaby dawały swój piękny koncert.

Powoli nastawała noc. Czas odpoczynku dla roślin i zwierząt. Ten niby deszcz, który spadł na mnie, piekł coraz mniej, ale i korniki powoli przestawały mnie dręczyć. Na niebie pojawił się władca nocy, czyli księżyc razem z podwładnymi mu gwiazdami. Zwierzęta już zasnęły. Tylko co jakiś czas było słychać odgłosy sów, które właśnie nocą wyruszają na łowy.
Kiedy tak wszyscy zasypiali, ja rozmyślałem, czy to mi pomoże? Czy pozbędę się dzięki temu szkodników? Czy znów będę tak ładny jak kiedyś? Było wiele pytań bez odpowiedzi… Jedyne, co pozostało, to czekać. I wreszcie zasnąłem. Wszystkie drzewa, krzewy, paprocie, mchy i inne rośliny również, a wiatr szumiał cicho między drzewami…

10 lipca 1997

Rozpoczał się nowy dzień. Wszystko zaczęło się jak zawsze. Zauważyłem jednak jedną poważną zmianę: nic mi już nie dokuczało. Czułem się taki szczęśliwy!
Ale pamiętajcie wszyscy, którzy przeczytacie ten pamiętnik: korniki to nie jedyny problem lasów. Cały czas wysypywane są śmieci, a przecież można temu zjawisku zapobiec – wystarczy pomyśleć… i działać!

Tomasz Miękina

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Powered by WordPress
n